poniedziałek, 9 lutego 2009

see you at the bitter end.

Zakończyłam coś bardzo bolesnego, a jednocześnie coś, czym żyłam przez długi czas. Lepiej mi z tym, teraz. Czuję, że wszystko się ułoży.

JA muszę się ułożyć, jakoś. Widziałam dziś człowieka szczęśliwego, och, jaki był piękny. Chcę być szczęśliwa.

Przestrzelony jakimś nieostrożnym słowem
nie mogę nie zwinąć się z bólu...
Tak przypominasz mi o sobie
Bez pozwolenia wydrążyłaś w mojej duszy dół
automatycznie utraciłem panowanie
zbyt wiele snów odpływa bezpowrotnie.
Kupuję kwiatki, chodzę na prywatki
bez przerwy gotowy i spięty, jak gdyby nie ja
stwardniałem i schamiałem nawet.
Nie mogę przestać chować się w sobie
i jęczeć jak gdyby nie ja i męczyć i cierpieć...
Skoro mnie nie chcesz, jakim jestem.
Jest ok.
Tu ja i noc..
Wiem, przyjdzie dzień
przestanę czuć się sam
bez ciebie i przy tobie..
Nie muszę się bać
przestanę być sam
Dawkujesz mi siebie
jak lek na przetrwanie rozłąki i westchnień
już nie mam cię prawie, bo giniesz
a chciałbym cię więcej i więcej
i boisz się dotknąć, dotykasz ze wstrętem
rozrasta się we mnie, aż pęknę, aż pęknę
rozrasta się nienasycenie..
przyszpilony jakimś nieostrożnym gestem
rozkroiłem serce, zapomniałem kim jestem
i tylko wiem, że bez ciebie nigdy więcej
nic nie będzie...
I jak, no jak?
Mam uwierzyć, że ja...
Nie muszę się bać, nie
przestanę być sam
Jestem samotny, jest mi źle i w dupę zimno
bo siedzę na betonie na dworcu w Krakowie
kupiłem białe wino, wypiję z dziewczyną
wszystko będzie dobrze...
Nie muszę się bać
przestanę być sam...




Nie wyspałam się i serce mnie boli, i jest tak dziwnie, i inaczej, i łatwiej. Przynajmniej mi.

Życzę Ci, A., kochanie, wszystkiego najlepszego. Nie będziesz sam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz