sobota, 21 lutego 2009

dancing and laughing.

Byłam w L. Pojechałam dlatego, że w "Demonach" gra W. I mam ochotę pojechać jeszcze jutro i potem, do Jawora, w piątek.

Spektakl mnie zachwycił, bo wywołał uczucia. Nie odczuwałam niczego większego od bardzo dawna, teraz znowu czuję się jak człowiek myślący. "Demony" czepiły się mnie i myślę teraz o tym wszystkim, a to znak, że żyję.
ŻYJĘ.

Potem było żulstwo w fakdonaldzie i cała jałowość tego, i cała obojętność, i całe przyzwyczajenie. Przepraszam, czuję to tak, a zresztą...

A potem wracałam do domu zupełnie sama, ciemnym i ciepłym busem, czując się tak bezpiecznie zupełnie zależna od kogoś. Ciemność wiodąca lud na barykady. Ciemność i wilgotność, sticky darkness. U wiel biam to. Kojarzy mi się z tamtym czasem, "kiedy kogoś miałam w sobie, gdy pachniało deszczem, gdy marzyłam wieczorem, gdy karmiłam gołębie chlebem z karbidem, słuchałam muzyki, upijałam się winem". I miałam w sobie głębokie pragnienie wyciągnięcia ręki przed siebie i poczucia E., tego, że jest blisko.

To, że myślę, że czuję i że napisałam taką notkę, jest wyraźnym znakiem, że wróciłam do prawdziwych żywych. I za to Grupie Teatralnej "Bohema" dziękuję.

A teraz utula mnie Morrisey.

8 komentarzy: